Dorsz bałtycki był przez wieki symbolem bałtyckich połowów. Na stołach polskich rybaków, w garncach gospodyń nadmorskich wsi, w solonych beczkach eksportowanych do całej Europy — ta niepozorna ryba była osnową całej kultury i gospodarki bałtyckiego wybrzeża. Dziś dorsz wschodniego Bałtyku jest na skraju biologicznego załamania. Nie zniknie z dnia na dzień, ale kierunek jest jasny — i wymaga zdecydowanej zmiany kursu.
Co się stało z bałtyckim dorszem
Jeszcze w latach osiemdziesiątych XX wieku biomasa dorsza w Bałtyku wynosiła ponad 400 tysięcy ton. Dziś zachodnia populacja liczy około 100 tysięcy ton, a wschodnia — niegdyś największa — skurczyła się do zaledwie kilkudziesięciu tysięcy ton i jest oficjalnie uznana przez Międzynarodową Radę Badań Morza (ICES) za wyczerpany zasób. Od 2019 roku obowiązuje zakaz komercyjnych połowów dorsza wschodniego w Polsce i innych krajach bałtyckich.
To dramatyczny upadek. W ciągu czterdziestu lat zlikwidowaliśmy ponad 80% populacji jednej z najbardziej charakterystycznych ryb Bałtyku. Jak do tego doszło?
Przełowienie — zbyt wiele przez zbyt długo
Głównym czynnikiem jest przełowienie. Przez dekady kwoty połowów dorsza ustalane przez Unię Europejską przekraczały limity zalecane przez naukowców. Presja polityczna ze strony branży rybackiej — w Polsce, Szwecji, Danii, Niemczech — sprawiała, że kolejne Rady Ministrów UE ds. Rybołówstwa zatwierdzały połowy na poziomie niemożliwym do zrównoważenia przez naturalne odnawianie się populacji.
Do przełowienia dołączyły czynniki środowiskowe. Ocieplenie Bałtyku sprawiło, że głębsze warstwy wody — gdzie dorsz składa ikrę — zawierają coraz mniej tlenu. Bez odpowiedniego natleniania ikra ginie zanim zdąży się wylęgnąć. Jednocześnie rosnące zakwity sinic zmniejszają dostępność drobnych skorupiaków, którymi dorsz się żywi.
Co tracimy — nie tylko ryby
Dorsz to drapieżnik na szczycie bałtyckiego łańcucha pokarmowego. Jego zniknięcie wywołuje efekt kaskadowy. Szprot — ulubiony pokarm dorsza — rozmnoży się bez kontroli i wyjada zooplankton, który z kolei jest kluczowy dla filtrowania wody. Bałtyk bez dorsza to Bałtyk z jeszcze gorszą jakością wody, jeszcze bardziej podatny na zakwity sinic i eutrofizację.
Dla polskich rybaków nadmorskich to koniec modelu życia budowanego przez pokolenia. Porty takie jak Kołobrzeg, Ustka, Hel czy Władysławowo zmagają się ze zmniejszającymi się kwotami połowów i wymuszonym przebranżowieniem floty. Część rybaków przeszła na połowy szprota i śledzia, część próbuje turystyki wędkarskiej, część po prostu wychodzi z zawodu. Tradycja, która liczyła setki lat, kończy się w ciągu jednego pokolenia.
Czy dorsz może się odbudować?
Odpowiedź nauki jest ostrożnie twierdząca — ale pod warunkami. Zachodnia populacja dorsza daje pewne oznaki stabilizacji po wprowadzeniu ograniczeń połowowych. Wschodnia, bardziej dotknięta przez problemy środowiskowe, potrzebuje długich lat ochrony.
Kluczowe jest utrzymanie i zaostrzenie zakazu połowów dorsza wschodniego co najmniej do lat trzydziestych XXI wieku. Równie ważne jest ograniczenie zanieczyszczeń dopływających do Bałtyku — co zmniejszy strefę beztlenową i poprawi warunki dla rozrodu dorsza. To działanie długoterminowe, niewidoczne dla jednej kadencji politycznej, ale kluczowe dla odbudowy populacji.
Polska jako kraj bałtycki
Polska ma ponad 500 kilometrów wybrzeża i historię głęboko związaną z Bałtykiem. To nie jest problem odległy geograficznie ani kulturowo. Polscy rybacy, polskie porty, polska kuchnia, polskie plaże — wszystko to jest nierozerwalnie związane ze zdrowiem tego morza. Dbanie o Bałtyk to dbanie o część polskiej tożsamości.
Decyzje, które zapadają dziś w Brukseli, Warszawie i w gabinetach ministerstw rolnictwa i rybołówstwa, zdecydują o tym, czy dorsz bałtycki powróci jako żywy element polskiego morza — czy stanie się tylko wspomnieniem w muzeum rybołówstwa.
Co możesz zrobić?
Kiedy kupujesz ryby w sklepie lub restauracji, zapytaj o pochodzenie — dorsz atlantycki (z Morza Północnego lub Islandii) pochodzi z lepiej zarządzanych łowisk. Polskie ryby takie jak śledź bałtycki, szprot czy flądra są połowami zrównoważonymi i warto je wybierać. Każdy wybór konsumenta wysyła sygnał do rynku — i do polityków ustalających kwoty połowów.


